Przejdź do zawartości

Wojny Gildii

Z Horyzont Zdarzeń
Wersja z dnia 20:32, 25 kwi 2025 autorstwa Lockey (dyskusja | edycje) (Utworzono nową stronę "=''00 - Wprowadzenie''= ''Dawno, dawno temu kilka tęgich Tyryjskich umysłów postanowiło stworzyć coś wyjątkowego. Coś spektakularnego, unikatowego... niepowtarzalnego. Kompetetywny turniej, w którym jak zwykle wyłoni się najlepszego z najlepszych. Jednak zupełnie NIE tak jak zwykle zwycięzcy nie będzie jednego. Jak? Cóż... aby zwycięzców było kilku, trzeba znaleźć indywidualistów chętnych do zebrania się w większe grupy. Łączenia swoich…")
(różn.) ← poprzednia wersja | przejdź do aktualnej wersji (różn.) | następna wersja → (różn.)

00 - Wprowadzenie

Dawno, dawno temu kilka tęgich Tyryjskich umysłów postanowiło stworzyć coś wyjątkowego. Coś spektakularnego, unikatowego... niepowtarzalnego. Kompetetywny turniej, w którym jak zwykle wyłoni się najlepszego z najlepszych. Jednak zupełnie NIE tak jak zwykle zwycięzcy nie będzie jednego. Jak? Cóż... aby zwycięzców było kilku, trzeba znaleźć indywidualistów chętnych do zebrania się w większe grupy. Łączenia swoich mocnych stron w celu osiągania wyższego celu. Te pojedyncze jednostki nie mogły jednak zagubić swojego wewnętrznego egoizmu, gdyż nie ma żadnej innej siły pchającej naprzód tak mocno jak własne ego. Idealnym kandydatem do uczestnictwa w takim turnieju stały się zatem gildie najemnicze, pełne często bardzo egoistycznych, chętnych do walki indywiduów, którzy byli skorzy również współpracować. Tu pojawia się kolejne "lecz" albowiem zapraszając gildie najemnicze znów mamy doczynienia z grupami. Osobami połączonymi w jednym celu, którym brakuje tej... iskry... zapału... narcystycznej chęci wybicia się, zabłyśnięcia. Ze względu na to, że zawsze byłoby ono podpisane pod zasługi gildii, a nie konkretnych osób i ich dokonań. Nasze tęgie umysły musiały zatem znaleźć ten delikatny balans... idealnie cienką linię, po której da się stąpać, aby stworzyć show dla indywidualistów oraz wyłonić tych, dla których liczy się coś więcej niż tylko oni sami. Ci swego rodzaju strażnicy równowagi stworzyli zatem coś co znacie dziś jako Wojny Gildii. Turniej gildii najemniczych skupiający w jednym miejscu początkowo 4, potem 8, a teraz aż 16 z najlepszych gildii najemniczych na świecie aby wyłonić najlepszą z nich. Biznes dla Urzędu Walk i Uczestnictwa... materiał doświadczalny, testowy i dochodowy dla Gildyjnej Inicjatywy. Jak się okazało to nietypowe podejście, ta swego rodzaju awangarda jeśli chodzi o organizowanie wydarzeń na dużą skalę bardzo szybko miała przynieść nie tylko ogromne zyski, ale i przyszłych bohaterów, legendy, herosów.

Dlaczego jednak Wam to mówię? Po co to całe wprowadzenie?

Jakby to ująć... przeznaczenie potrzebowało Was znaleźć i znalazło Was szybciej niż moglibyście się tego spodziewać. Być może jednak opakowanie w jakim pojawił się ten prezent nie należało do najbardziej typowych. W końcu niecodziennie pod wasze drzwi trafia dwóch dżentelmenów w wyjątkowo wyjściowych strojach, legitymujących się jako członkowie Gildyjnej Inicjatywy.

Plik:WG LudwigBagmart.jpg
Ludwig Bagmart - Dyrektor działu Stosunków Międzygildyjnych Gildyjnej Inicjatywy.
Plik:WG BishuCentipede.jpg
Bishu Centipede - Przewodniczący Urzędu Walk i Uczestnictwa.

Horyzont Zdarzeń miał jednak przyjemność gościć Ludwiga Bagmarta oraz Bishu Centipide. Nie tylko najważniejszych przedstawicieli działu SMG i UWU, ale i jak się mieliście później dowiedzieć - osoby w pełni odpowiedzialne za tegoroczną odsłonę Wojen Gildii. Mała grupka z Was, a konkretnie Averr Mayer, Pfurw Rendpaw, Tariel Belnades i Magnus Halvarson szybko pojawiła się aby odebrać czcigodnych gości zaproszonych tu przez Adama Howla. Honory przedstawiciela gildii pełnić miała jednak inna założycielka - mianowicie Anastasia Yaal, dla której jak widać nie było zbyt wielu momentów wytchnienia, zwłaszcza w czasie ostatnich problemów z jakimi borykają się zaprzyjaźnione z Wami Psy Wojny.

Tak czy siak, jedno Wam trzeba przyznać od samego początku. Okazaliście się być dobrymi gospodarzami. W trakcie zaledwie kilkunastu pierwszych minut, panom zaproponowane zostały drinki i wygodniejsze miejsce do rozmów, tak by mogli na spokojnie usiąść i nacieszyć się miejscem. To z kolei, było bardzo ważne dla nich. Nie tylko dlatego iż Lost jest urokliwym kawałkiem terenu, ale przede wszystkim ze względu na to co Adam zdążył już powoli obiecać przedstawicielom SMG i UWU. Prawdę powiedziawszy, nie jestem pewny czy zwróciliście na to uwagę, ale Ludwig i Bishu byli tu tak właściwie tylko po to, żeby domknąć wszystkie niejasności i zobaczyć Lost na własne oczy. Pytania które zadawali nie były bardzo nachalne, aczkolwiek sprawiały wrażenie jakoby byli poborcami podatkowymi, co bardzo słusznie zauważył nasz kot Fuff. Odpowiadaliście na nie jednak bez wytchnienia, aż w końcu panowie zdradzili po co tak właściwie do Was trafili.

Wojny Gildii miały zawitać w tym roku do Was. A Horyzont Zdarzeń nie tylko miał być uczestnikiem. Mieliście wpaść w samo oko cyklonu, stając się gospodarzem imprezy.

Potężna oferta do strawienia, prawda? Tak, wiem. Widziałem wasze miny i wymienianie spojrzeń. Zdawało mi się, że dosłownie słyszę muzykę grającą w waszych głowach. Projekcję wielkiego turnieju, w którym będziecie mogli zabłysnąć. Wszystko to wydawało się być bliżej niż się spodziewaliście. Jestem jednak pod wrażeniem tego jak szybko podjęliście decyzję. Poszliście za głosem Adama, a potem Anastasii, przyjmując to zadanie bez zadawania wielu pytań. Sama perspektywa tego jak to ogromne wydarzenie może wpłynąć na życie gildii wystarczyła, abyście poszli jak w dym. Jeśli mogę być szczery... nie do końca rozumiem to bezkompromisowe podejście. Ten brak... kwestionowania lub chociaż zadawania pytań dość... nieznanym Wam osobom, lecz... zrzucę to na zaufanie jakim darzycie Adama, z którym Anastasia nawet była w stanie wymienić pod stołem kilka wiadomości za pomocą tych przezabawnych urządzonek. Zatem... nie odbierajcie mych słów jako krytykę, raczej... zaskoczenie waszym podejściem. Jak to mówiło stare powiedzenie - cokolwiek sprawia iż Twoja barka unosi się na wodzie, przyjacielu.

Przy okazji tych małych urządzeń. Odtwarzając wspomnienia asury imieniem Buulbi natrafiłem na jedno, w którym odkryłem iż... nie słyszycie mnie? Widzicie tylko tekst wyświetlający się na tych skutecznie absorbujących wasz wzrok ekranach. Nie jest to coś czego się spodziewałem. Może z czasem uda się coś z tym zrobić i będziecie w stanie nie tylko zobaczyć, ale i usłyszeć mój przekaz.

Niesieni tą dziwną falą euforii, zgodziliście się oprowadzić panów po terenie Lost, już teraz szukając miejsc do zorganizowania pod potrzeby turnieju. W trasie dołączył też wasz oddany towarzysz - w tym momencie osoba dowodząca wśród Psów Wojny - Płonący Żółw, który otrzymał od Ludwiga kolejną z propozycji tego wieczoru. Albowiem miejsce dla Psów Wojny też było gotowe. Plus... w związku z ich obecnym ulokowaniem w Lost, stanowili doskonałą ochronę dla porządku wydarzenia. Lecz czy miejsce, gdzie stacjonuje 16 z najlepszych gildii najemniczych na świecie wymagać będzie dodatkowej ochrony? Czas pokaże. Najważniejszym jednak było to iż panowie z Gildyjnej Inicjatywy wydawali się zachwyceni. Wyspą mieszkalną, areną... nawet karczma sprawiła spore wrażenie na Bishu, który... prawdopodobnie był fanem dobrego trunku. Co również jest ciekawe, bo przecież główny dystrybutor śliwowicy jakim jest Elońska wyspa Polska został mocno skrytykowany przez głównego działacza UWU. Ale może to tylko kwestia chęci wydostania się z alkoholizmu, z którego nie da się znaleźć ucieczki? Syndrom walki z pierścieniem ognia? Gdzie z każdym płomieniem, który uda Wam się ugasić, kolejny pojawia się aby napędzić krąg do dalszych obrotów. Jedna z najciekawszych historii jakie miałem okazje oglądać, choć określacie ją jedynie mianem legendy. Chętnie odpowiedziałbym na pytania, które właśnie samemu sobie zadałem, ale w tym wypadku ogranicza mnie... nazwijmy to tajemnica spowiedzi.

Zapomnijmy jednak o tym temacie i skupmy się na waszej podróży przez Lost. Zakończyliście ją właśnie w karczmie, gdzie staraliście się wyciągnąć z Ludwiga i Bishu nieco więcej informacji na temat uczestników turnieju. Niestety dla was, Centipede i Bagmart to nie renegaci. Nie mogliby zdradzić własnych postanowień, a skoro decyzja o tym, że uczestnicy zaczną dowiadywać się o sobie nawzajem dopiero na dzień przed rozpoczęciem turnieju zdążyła zapaść... nie powiedzieli Wam nic. Cóż... nic poza faktem, że w tym roku do Wojen Gildii po raz pierwszy dołączy drużyna z Canthy. Kto to będzie? Cóż, nawet najstarsze smoki nie mają pojęcia. Oficjalnie... rzecz jasna. Bo przecież ktoś musiał wysłać zaproszenia, a panowie wspominali, że odwiedzili już dziesięć ekip.

Kiedy już szturm Ludwiga i Bishu na teren waszej gildii zakończył się, mogliście usiąść i ochłonąć. Żółw wrócił do swoich spraw, a spóźnialscy Howl oraz Kira Sverige dołączyli, aby zadać więcej pytań od siebie. Byliście jednak zdecydowanie bardziej zaaferowani znalezieniem Naetleya i Evelin Parker aby stworzyć utwór, który miałby oddać duszę Horyzontu Zdarzeń w sam raz na inaugurację turnieju. Czasu na napisanie majstersztyku nie zostało jednak wiele.

Dwa tygodnie.

Zegar tyka.


01 - Kolega mówił

Gdzieś w opustoszałym magazynie, czy raczej w doskonale zaaplikowanym do tego celu schowku nadprogramowych rozmiarów gnije teraz około dwudziestka ciał członków Inquest, całkowicie zaduszonych i zabitych zanim zdążyli postawić opór. Czy postawiliby opór? Na pewno. Czy byłby to opór nie do pokonania? Nie spodziewam się. To czego się spodziewam, to że ten ku mej irytacji urywający się dokładnie w tej chwili fragment waszych wspomnień, ma jakąś niesłychanie ważną kontynuację, na którą będę musiał moment zaczekać. Czynność, którą muszę wykonywać najczęściej. Taki mój los.

W każdym bądź razie, Wy nie musieliście czekać. Ba, więcej, Wy nie mogliście czekać. Tym bardziej czekać nie mogło Krewe Vinnci, którego sam czcigodny imieniodawca Vinnci zaprosił Was na krótkie spotkanie do działu R&D. Podsumujmy jednak wpierw kila faktów. Dlaczego w ogóle i z czym konkretnie Vinnci nie mógł zaczekać? Otóż odpowiedź jest dziecinnie prosta. Uwikłany teraz w projekt Wojen Gildii Vinnci oraz Pruuf odbyli serię rozmów, z których zaledwie kilka wydawało mi się na tyle interesujących aby prześledzić je w całości. Niezależnie jednak od moich upodobań tematowych, panowie, jak i cały zespół Research & Development doszli do wniosku, iż ze sprzętem jaki mają... plany przygotowania Lost do organizacji turnieju tej skali... są żeby nazwać to delikatnie... jedynie mrzonką. Żeby zacytować Wam Vinnciego musiałbym użyć określenia "Wy mówicie dwa tygodnie, ja mówię 6 miesięcy. Spotkajmy się gdzieś po środku." Gigantycznym problemem w całej tej sytuacji jest jednak fakt iż nie macie możliwości zmiany terminu. Gildie gotowe, Gildyjna Inicjatywa podpisała dokumenty, Urząd Walk i Uczestnictwa wyznaczył swoich ludzi i swoich wolontariuszy... wszystko jest gotowe do rozpoczęcia turnieju. Wszystko... poza Lost.

Jeden z plakatów który przykuł moją i waszą uwagę w trakcie przechadzki po siedzibie R&D.

Vinnci nigdy nie należał jednak do osób, którym trudno jest znaleźć rozwiązanie nawet z najtrudniejszych sytuacji. Zaprosił Was zatem, aby podzielić się z Wami swoim pomysłem jak to wszystko spiąć w logiczną całość. A'art, Alexa Wildfyre, Azrael Martyr, Gustavo Cotta, Pfurw Rendpaw, Ruth Marieene, Sammy Donut, Sylvie Vaesatra, Tariel Belnades oraz poczciwie Was prowadzący Brigg Havgaard trafili zatem do siedziby Krewe Vinnci. Miejsca, gdzie wszystkie pomysły rozkwitają, a idee zamieniają się w czyny i wynalazki. Pierwszym z nich byłyby chociaż konstrukty, które zwiecie nazywać wierzchowcami, czekające na Was przed wyjściem na misję. Niektórzy z Was kojarzyli już to miejsce, inni - zwłaszcza misyjne żółtodzioby mogły poznać warunki pracy Krewe Vinnci po raz pierwszy.

Przezabawny plakat przedstawiający Vinnciego, wiszący (jakżeby inaczej) w jego osobistym biurze.

Będę zabójczo szczery - jestem pod wrażeniem, że organizmy członków Krewe są w stanie wytrzymać tą ogromną presję i wymagania jakie sami na siebie zakładają. Nie wspominając już o Nikku, sam Vinnci był w stanie prowadzić z Wami sześć konwersacji na raz i każdą z nich prowadził najlepiej z Was wszystkich. Przynajmniej jego zdaniem. Prawda obiektywna jest jednak taka, że w międzyczasie prowadzenia rozmów z Wami był też w stanie kontynuować swój normalny dzień pracy, a nawet niemalże zasnąć na stojąco, kiedy odsyłał Was z zadaniem w kierunku drogi transportu z częściami.

Oczywistym jest to, że Vinnci nie miał żadnego pojęcia o jakiejkolwiek obstawie dla transportu. Tym mieliście zająć się Wy, więc nie leżało to w jego interesie aby przejmować się tym zbyt mocno. Najważniejsze, że zapamiętał w którą stronę mieliście się udać ze zdobytym już transportem. Żółte światła dobre, niebieskie światła złe. P.I.S.S. Gate miało być waszym celem, W.A.T.E.R. Gate było wchodzeniem w paszczę lwa co, jeśli przejęcie transportu nie wyszłoby Wam najlepiej, okazałoby się gigantycznym problemem.

Szczęśliwie jako grupa najemników Horyzontu Zdarzeń okazaliście się bardzo rezolutną grupą, która nie tylko była w stanie przemyśleć wszystkie rozwiązania i znaleźć plan, ale również trzymać się go co drastycznie zwiększyło Wasze szanse zwycięstwa. W oczekiwaniu na transport rozstawiliście pułapkę. Z daleka od miejsca startu, aby nie zaalarmować nikogo z Inquestu iż transport wpadł w tarapaty, kawałek od miejsca docelowego, aby w razie ucieczki udało się jeszcze przechwycić transportowiec. Podzieliliście się na trzy grupy. Straż tylną, która okazała się być frontalnym zagrożeniem dla transportu, w skład której wchodzili Pfurw, Tariel, Alexa, Sylvie i Gustavo. Straż przednią, która okazała się zabójczym nożem w plecy, gdzie czekał Azrael oraz smok Pfurwa. Na sam koniec, grupę na wzniesionym terenie, mającą na celu pozbycie się wroga z ukrycia, strzelając z wysoka. Strzelcami okazali się być A'art, Sammy oraz Ruth. Nie tylko był to doskonały plan, ale mimo tego iż napotkaliście niezapowiedzianą obstawę w postaci dodatkowego pojazdu i załogi asur w zmechanizowanych strojach w większości radziliście sobie doskonale. Mówię "w większości" gdyż jednak trzeba oddać waszym wrogom ich zasługi. Po pierwsze, sterowany golem był w stanie skutecznie wyłączyć Sylvie i Gustavo, obijając jedno o drugie. Raz za razem. Mało przyjemna rzecz do oglądania. Zamroczenie nigdy nie jest łatwym stanem, a kiedy połączyć to z faktem co wywołało to zamroczenie? Nawet gorzej się do tego przyznać. Po drugie, nasi snajperzy widząc działka wysokokalibrowe wycelowane prosto w nich postanowili... nie reagować. Ambitna taktyka. W większości wypadków powiedziałbym, że asurza ambicja przerosła asurze ciała, jednak poza A'artem i Sammy'im na klifie rozstawiła się również Ruth, która niezaprzeczalnie jest człowiekiem. Więc... pewnie to jest ta cecha wspólna dla ludzi i asur, której nie jestem w stanie pojąć. Niezdrowa ambicja. Okazała się bardzo niezdrowa, w momencie gdy puls uderzeniowy trafiających pocisków rozrzucił całą tą trójkę wokół po ścianach klifu. Szczęśliwie tam gdzie ktoś nie domagał, zawsze był ktoś kto mógł pomóc. Czy był to perfekcyjny asasyn Azrael, czy bohatersko leczący Filemon, czy celnie trafiający odpowiednimi pociskami A'art, czy walecznie rzucający mieczem Tariel... czy w końcu zajmująca się największym celem Alexa... działaliście jako drużyna. Każde z Was miało swój moment, lecz... był też ktoś, kto tego momentu nie miał.

Pojazd jakim poruszało się wsparcie transportera.

Maxx Pechowy. Osobiście nigdy nie chciałbym, aby nazywano mnie pechowym, nawet jeśli tak jak sam operator Inquestu powiedział powodem jest to iż pecha mają ci, którzy poznali jego gniew. Dlaczego nie potrzebny mi taki przydomek? Odpowiedź jest prosta. Zdecydowanie łatwiej jest nie wierzyć w pecha, ale nie znam innej definicji sytuacji jakiej doświadczyliście. Niemalże urodzony snajper wyskakuje na Was w momencie, gdy nikt nie jest w stanie się nim zająć. Posiada sprzęt lokalizujący na swoim karabinie snajperskim, co uniemożliwia mu spudłowanie. Ma czas wycelować w głowę jednego z członków waszej gildii i gdy ciągnie za spust... broń niemalże eksploduje. Monitor pokazujący cel rozpada się ku zdziwieniu Maxxa. Jak inaczej nazwać to niż pechem? Wypadkiem?

Wiele dla naszego antagonisty nie pozostało, kiedy Azrael, Ruth i A'art skutecznie pozbyli się zagrożenia. Czekało zatem na Was już tylko dwadzieścia osób, wciąż zamkniętych razem ze sprzętem w środku transportera. To byłaby niesamowita niespodzianka dla Azraela, który nieustraszenie wskakiwał do środka. Kiedy miał walczyć z czterema wrogami uniknął 3 z 4 kul ognia. Tym razem, przy dwudziestu potencjalnych wrogach nie poradziłby sobie tak dobrze. Sytuację pod kontrolą miała jednak Alexa. Wildfyre wyciągnęła wszystko co miała w zanadrzu i choć Martyr opłacił to potem kaszlem, którego starał się za wszelką cenę nie pokazać, naładowana napojami energetycznymi "BeastR" Alexa dosłownie i w przenośni zagazowała wszystkich obecnych w środku, skutecznie pozbywając się wszystkich istot żywych w środku. Zdążyła nawet pozbyć się śmiertelnej dawki nim Azrael dotarł na miejsce.

Nie mówię tego często, jednak... potraficie pokazać prawdziwą siłę.

Pozbieraliście się, nakleiliście naklejki z kodem QR, mające zmylić "celników" przy P.I.S.S. Gate, dzięki czemu już chwilę później wasz transport został zabezpieczony i był gotowy do wysyłki aż do dalekiego Lost, gdzie Krewe Vinnci pracujące już 700 godzinę nadgodzin tego samego dnia mogło wykorzystać go lepiej.

Wygląda na to, że turniej się odbędzie. Nie mogę się doczekać!


02 - Inauguracja

Plik:Wojny Gildii.png
Plik:Tatauz.png
Plik:Parszywa Banda.png
Plik:Smoki Nigerundayo.png
Plik:Oko Cyklonu.png
Plik:Black Clover.png
Plik:Elona Vipers.png
Plik:Renegades.png


Ach, tak. Wielkie show, wielka atmosfera, wielki turniej... ogromne wydarzenie! Z wielu stron niesamowicie wyczekiwane widowisko, a Wy możecie to wszystko oglądać nie ruszając się z domu! Zazdroszczę Wam niesamowicie, Horyzoncie Zdarzeń.

Z drugiej strony dawno nie miałem gości. Co dopiero ponad pięć tysięcy osób wpadających na nieco ponad 3 godziny do mojego domu cztery dni w tygodniu. Jednak sami się na to zdecydowaliście, więc mogę spokojnie wnioskować iż nie przeszkadza Wam impreza tego rozmiaru. HZ-kun wspominał iż na pewno poradzicie sobie z organizacją tego rodzaju przedsięwzięcia. Szczerze? Byłem niepewny do samego końca. A jednak... podołaliście.

Z każdą sekundą znikającą z zegara w Lost zbliżaliście się do rozpoczęcia turnieju i muszę przyznać ceremonia otwarcia była jedną z ciekawszych. Kilka słów od komentatorów, a co ciekawe Gildyjna Inicjatywa oraz SMG były w stanie zatrudnić do pracy nad tegorocznymi Wojnami Gildii Dariusa Starlinga oraz Roe Jogana, dynamiczne duo, które na pewno zapewni rozrywkę wszystkim oglądającym na całym świecie, a już na pewno osobom mogącym wejść na trybuny. Z bliska ich głębokie, pełne werwy głosy pobudzą każdego kibica do wydawania z siebie dźwięków wrażenia i ekscytacji. Tak właściwie to bardzo ciekawy koncept, tak bardzo wspólny dla wszystkich waszych ras. Kiedy jesteście wystarczająco mocno podekscytowani, wasz głos unosi się, wy zaczynacie mieć problemy z usiedzeniem na miejscu, temperatura rośnie, pojawiają się wypieki, a nawet klaszczecie w dłonie i krzyczycie. Nawet nie jest dla Was ważne co, grunt żeby krzyczeć! To tak urocze! Zawsze było to jedną z moich ulubionych reakcji. Jednak nie to jest ważne.

Wróćmy zatem do rzeczy ważnych, czyli inauguracji Wojen Gildii. Było doskonale! Jestem ogromnym fanem. Kto by pomyślał, że zwykłe wychodzenie na arenę pełną kibiców może być tak stresującą czynnością. Widziałem jak się trzesięcie z nerwów. Wszyscy. Adam Howl, Anastasia Yaal, Kira Sverige, Astariss Estel, Pyshap Rendgrace, Sylvie Vaesatra, Benedrict, Lysithea Lamora, Grish The Penitent, Magnus Halvarson, Harald Sigridsson, Averr Mayer, Eris Pendragon, Frida Rorikdottir, Tariel Belnades, Gustavo Cotta, Evelin Parker, Brigg Havgaard, Naetley, Leillianne, Lockey, Azrael Martyr, Oliver Silva, Ruth Marieene, Aster, Brylana, Fiku, Nathalie, Kenshiro Takagi, Pfurw Rendpaw, Sammy Donut, Alexa Wildfyre & Ophelia Yronwood. Wow, to zdecydowanie więcej nazwisk niż spodziewałem się wymienić. Woda może się przydać, żebym mógł w spokoju kontynuować ten... jak się dla Was okazuje... pisany monolog.

Będąc z Wami całkowicie szczerym, nie jestem zdziwiony. Gdybym miał dobrze zaprezentować się nie tylko przed pięcioma tysiącami widzów tuż przede mną, ale jeszcze ponad trzysetką rywali oraz... przed każdym kto ma okazję obserwować to widowisko z daleka czy nawet z przygotowanych przez wasze znamienite Krewe Vinnci... samemu byłbym nieco jak na szpilkach. Jednak doskonale poradziliście sobie z tym zadaniem. Zwłaszcza, że byliście pierwszą ekipą i zdecydowanie postawiliście dla innych ekip poprzeczkę bardzo wysoko. Wasz hymn okazał się strzałem w dziesiątkę. Odważny... wyniosły... przemawiający do serca i duszy. Trójka artystów, których zebraliście do skomponowania tego utworu przeszła samych siebie. Mogłem spędzić dłuższą chwilę odtwarzając wasze wspomnienia raz po raz, żeby zobaczyć kolory malujące się w waszych duszach. Bardzo przyjemne doświadczenie. Dobrze dla Was. Do tego ta oprawa graficzna! Ta pomysłowość, ta plastyczność! Każdy z Was tchnął cząstkę siebie w proces pokazania się na arenie. Zapierało dech w piersiach. I nie jest to moja opinia. Wystarczyło posłuchać fanów. Poza tym, nie mieliście dużo chwil do wytchnienia. Ledwie zdążyliście wrócić w stronę szatni, a już mogliście obserwować jak kolejne ekipy wychodzą na stadion.

Pierwsza pokazała się grupa elementalistów zwana Okiem Cyklonu, w towarzystwie prawdziwego szału natury, który nie zachwiał nimi w nawet najmniejszym stopniu. Później, w towarzystwie Metal Legionu na arenie Lost prawdziwą rozróbę rozpętała Parszywa Banda, szybko robiąc sobie w Was wrogów, których chcieli zmieść z planszy. Z resztą... z wzajemnością sądząc po waszych reakcjach. Przedstawienie trwało dalej i do rytmów bardzo nietypowej muzyki na stadion wyszła grupa zwana Awangardą. Następnie w towarzystwie bytu ARG pojawiło się Accidental Raid Group. Kto by pomyślał, że to właśnie oni zmuszą w końcu HZ-kuna aby wyszedł na światło dzienne i powiedział Wam co o nich myśli. Nie mogliście jednak myśleć zbyt długo! W końcu wasi przyjaciele, Psy Wojny byli następni w kolejce. Odtwarzając sceny z przeszłości oznajmili iż są tu, aby rozpętać prawdziwą wojnę. A skoro o wojnie mowa, minimum dwie miała ze sobą kolejna gildia, wyspiarze z Polski - Barka. Wyjechali jako "husaria" na raptorach, a niesamowicie potężny norn w pojedynkę przewracał koło charrcara, demonstrując Polską siłę. Kolejna grupa wywołała nawet i u mnie niemałe zdziwienie. Mówią o sobie Fraktalsi, a ich sztuczka ze spadającą kostką zapadnie mi w pamięć na dłużej. Każdy jednak chciał tu przeskoczyć poprzednią drużynę, a Renegades, które zajęło arenę chwilę później wykazało się konstrukcją czegoś na kształt... pojazdu ciężarowego wypełnionego po brzegi sprzętem nagłaśniającym, z którego głośna kombinacja rocka i rapu zagrzewała ekipę z Dry Top do walki. Jeśli ktokolwiek myślał, że gitara strzelająca strumieniami ognia była niebezpieczna, zaraz musiał wypluć swe słowa, gdyż kiedy wylądowały wywerny żmiji z Elona Vipers, w niektórych, takich jak chociażby Eris czy Harald obudziły się instynkty obronne. Wszystko było jednak w jak najlepszym porządku. Vipers mają po prostu wejście. Niektórzy z Was mogli przespać kolejne, zdecydowanie spokojniejsze wejścia, kiedy to SZTURM po prostu stanął w obłokach granatu dymnego i pewni swego obserwowali trybuny, kiedy one obserwowały ich lub gdy Boskie Przymierze rozpoczęło niemalże wojskową defiladę. Zaraz jednak wróciły emocje gdy najmłodsza ekipa turnieju, Smoki Nigerundayo, rozpoczęły swoją rockową zabawę z graffitti. Podążająca za nimi drużyna Black Clovers przypominała jak to słusznie ujął jakiś element waszych wspomnień "stado Airrów". Nie mieliście jednak czasu długo nad tym pogdybać, bo przedstawienie zbliżało się do końca. Kiedy Strażnicy Równowagi stukając brońmi o podłoże w zwartym szeregu oznajmili już swoje przybycie, pozostał jedynie Pierścień Ognia. Gildia znana Wam już dłuższy czas temu, z którą jednak nie dane Wam było przeciąć nici losu. A szkoda, bo wziąwszy pod uwagę ich efektowne wejście, w którym czarując ogniem lider Gunther Hauer przywoływał do bytu członków swojej gildii, a oni unosząc pięści z pierścieniami stworzyli dosłowne Pierścienie Ognia... moglibyście stworzyć jeszcze bardziej uplastycznione show.

Oczywiście nie narzekam. Ot, zauważam pewne podobieństwa.

Mogło się wydawać, że po tym zapierającym dech w piersiach przedstawieniu, wieczór szybko się skończy jednak nic takiego nie mogło mieć miejsca. Albowiem gwóźdź programu, czyli losowanie drabinki turniejowej oraz Runda 0 miały zacząć się już tego dnia! Niesamowita pomysłowość ze strony SMG. Można im tylko przyklasnąć. Jako gospodarze turnieju zostaliście rozstawieni z numerem 1, który to według tego jak działa system drabinkowy musi natrafić na numer 16. Oglądając krótki proces losowania, szybko dowiedzieliście się, że natrafiacie na Parszywą Bandę. Wydawaliście się bardzo zadowoleni. Większość z Was bardzo chętnie przygotowywała się do wizji nakopania charrom do tyłków. Zwróciliście też uwagę na dwie inne gildie. ARG, lądujące z numerem 11 na samym dole drabinki oraz Psy Wojny, waszych oddanych przyjaciół, z którymi dopiero co zaprowadziliście prawdziwy porządek w ich szeregach. Ci drudzy wylosowali numer 13, co umieściło ich po tej samej stronie drabinki co Was. Jak słusznie zauważył Tariel, oznaczało to, że nie macie szans trafić na siebie w finale. Jeśli jednak pokażecie drzemiącą w Was siłę... może natraficie na nich w półfinale?

Asura w słuchawce zabrał Was ze środka stadionu i ruszyliście w stronę szatni przed wejściem do METALu.

Gotowi na Rundę 0?


03 - Operacja Tengu

Szatnia była miejscem, w którym poznaliście reguły gry obowiązujące w Rundzie 0. Większość z nich całkowicie prosta, kilka z nich na tyle zawiłych, że okazały się później gigantycznym problemem. Pewnie udałoby się go zażegnać gdyby grupa sędziowska wyznaczona przez UWU była bardziej dogadana i konsekwentna w swych decyzjach, ale niestety nie jest to świat, w którym żyjemy. A szkoda, wszystko mogłoby się obejść bez niepotrzebnych komplikacji. Ale o nich może później. Teraz zaproponuję mentalny powrót do tego co w szatni. Albowiem tam, dowiedzieliście się wszystkiego co interesowało Was w perspektywie nadchodzącego zadania. Z pozoru - bardzo proste. Odtworzyć jedno z historycznych wydarzeń, które... czystym zrządzeniem losu było bliskie otarcia się o większość z Was, a o jedno z Was nie tyle otarło się, co przytuliło bardzo mocno i wyraźnie. Myślałby kto, że takie doświadczenie może Wam pomóc. Lokacja wydawała się nieco bardziej znajoma lecz na tym wasza przewaga się kończyła. Nie byliście nawet jedyną drużyną, która miała podobną sytuację. Wszak scenariusz którego uczestnikiem był jeden z zawodników odgrywało również Accidental Raid Group. Więc krzywo los uśmiechnął się też i do nich. Smith był jednak zdecydowanie negatywnie nastawiony do pomysłu zostawiania zbyt wielu informacji dla swojej drużyny, gdyż byłoby to nieuczciwą przewagą wobec innych drużyn. Dobrze dla niego. Bardzo uczciwe podejście. To dość przerażające, że musiał się zabić żeby do tego doprowadzić ale... nie mnie oceniać.

Hm? Zdziwieni że zacząłem od razu od opowiadania historii zamiast wprowadzić Was jakoś spokojniej w narrację? Ale jaka w tym zabawa, zawsze wprowadzać Was głębokimi przemyśleniami za każdym razem? Czasem wir akcji wciąga zdecydowanie mocniej niż to całe narzędzie, które Pruuf i Petr van Pedersen nazywają M.E.T.A.L. Czy tak było i tym razem. Mmm... do jakiegoś stopnia na pewno.

Anastasia Yaal, Tariel Belnades, Grish The Penitent, Harald Sigridsson, Sylvie Vaesatra, Benedrict, Oliver Silva, Eris Pendragon i Pyshap Rendgrace dali zaciągnąć się w najbardziej wyciemnione i wyciszone pomieszczenie w całym Lost, żeby podpiąć się pod ciężką aparaturę jaką jest M.E.T.A.L. Zgodnie z zapowiedziami zostawionymi Wam przez przedstawicieli SMG i UWU, trafiliście... do Canthy. Nigdy... w całym moim życiu... nigdy nie byłem świadkiem tego rodzaju wydarzenia. Wasza jaźń - wasza definicja jestestwa została Wam DOBROWOLNIE zabrana i przeniesiona na zupełnie odmienną linię percepcyjną. Nic czego byliście świadkami nie było prawdziwe. Ale wydawało się prawdziwsze niż cokolwiek czego doświadczyliście, czyż nie? Wasi mesmerzy musieli mieć prawdziwą uciechę, dołączając to do swojej listy rzeczy o których prawdziwości pewni być nie mogą. W każdym razie, trafiliście tam, gdzie większość z Was miała okazję już być, do Seitung. Oczywiście wyglądało nieco inaczej niż gdy widzieliście jej ostatnio, ale niektórzy z Was posiadający lepszą pamięć mogli mniej lub bardziej odnaleźć się w terenie.

Nie wydawało się to trudne, biorąc pod uwagę jak dobrze radziliście sobie z manewrowaniem po zatłoczonych uliczkach i targu Seitung. A dlaczego tam byliście? Z tego co zrozumiałem, waszym zadaniem było odnaleźć podejrzaną trójkę osób wmieszanych w zagrożenie dla wspólnych interesów Tyrii i Canthy. Wydarzenie w tej chwili już stare jak świat, a wciąż tak bardzo aktualne. Zwłaszcza z embargami wprowadzanymi na Tyrię i Elonę przez rząd Canthy. Nie będę jednak uciekał się w politykę, biorąc pod uwagę że i Was ona wymęczyła. Ratujecie się w końcu bramą pilnowaną przez klan Han czyż nie? Wywalczyliście nawet fragment ich ziemii czy raczej, nieruchomość, którą teraz powinniście się zająć. Chyba, że planujecie po prostu pasywnie zbierać zysk z Canthyjskiego terytorium. Nie mnie decydować za Was.

Plik:WG Mesmer.jpg
Mesmer, którego głównym zadaniem było nie pozwolić Wam wygrać.
Plik:WG Ala.jpg
Wyjątkowo złowieszcza i trudna do usadzenia w miejscu Canthyjka.
Plik:WG Krytanczyk.jpg
Poszukiwany przez Was młodzianin z Kryty.

Nie skupiajmy się jednak na tym. Skupmy się na tym co mieliście tu zrobić. A było to odnalezienie szpiegów, prawdopodobnie podszywających się pod kogoś innego. Wiedzieliście o trójce podejrzanych i każde z nich było Wam przedstawione ze zdjęcia. Mając świadomość o tym jak wyglądają Wasze cele nie mogliście popełnić błędu, prawda? Większość z Was założyła zupełnie odwrotnie. Z resztą słusznie. W końcu nie tylko w trakcie dnia targowego było pełno osób w każdym miejscu blisko targu, ale również wasze cele ukrywały się pod iluzją, którą nie sposób było rozpoznać w tak gigantycznym rejonie. Przy takim natłoku osób? Musieliście coś wymyślić.

Zrezygnowaliście zatem z planu wchodzenia do świątyni, skąd zaczynać miały wasze cele. Skupiliście się raczej na obsadzeniu czterech strategicznych punktów. Pyshap i Eris blisko świątyni, Oliver, Sylvie i Benedrict w porcie, Anastasia i Tariel po drugiej stronie rzeki, blisko waszego punktu ekstrakcji oraz duet Grish i Harald na samym targu. Plan bardzo dobry i bardzo bezpieczny, choć kosztujący Was nieco czasu z dostępnego Wam pół godziny. Akcja musiała zatem powieść się dość szybko, żeby wasz plan nie tylko się powiódł ale miał również na tyle rąk i nóg aby pozwolić Wam na wyrobienie się w czasie. Szukaliście rzeczy podejrzanych i największym problemem przebywania w Canthcie jest to, że sporo rzeczy wydaje się tam podejrzanych. Każda z grup (choć ta charrza z opóźnieniem) zauważyła coś co burzyło pozorny spokój. Każda z grup w inny sposób uporała się ze swoim zagrożeniem. I choć gdy Grish przekazał Wam wszystkim przez komunikator, że to u niego i Haralda znajduje się wasz faktyczny cel, zdążyliście już nieco nabroić w dwóch innych miejscach. Dla grupy w porcie wybawieniem były indywidualne umiejętności. Oliver chodzący po linie jakby robił to od dziecka, wysoko nad polem widzenia potencjalnych gapiów, Benedrict dający portal sobie i Sylvie, zapewniając im możliwość bezpiecznego wydostania się z portu oraz właśnie Sylvie, łamiąca deski pod szmuglerami, co wywołało wystarczająco duży chaos aby wasza trójka miała czas na odwrót. Jeśli chodzi o grupę, która nabroiła przy punkcie ekstrakcji... tu było gorzej. Anastasia zdołała jeszcze wydostać się z zamieszania z wysoko postawionymi młodzieńcami i strażą, jednak Tariel pozostał tam wybierając konfrontację z silną ręką prawa. Powiedzmy sobie szczerze... nienajlepszy wybór ze strony i Yaal i Belnadesa. O tym jednak dowiedzieliście się później, bo gdy młody Tariel zajęty był próbami wydostania się z tarapatów, walka na targu zaczęła się na dobre, dzięki temu jak Harald nakrył wasz cel na gorącym uczynku.

Szybko reagująca ekipa, która NIE zaatakowała swojej podejrzanej grupki będącej trójką pijanych studentów, czyli Pyshap i Eris była pierwsza do akcji i pomocy Grishowi i Haraldowi. Oliver i Anastasia dołączyliby w bardzo podobnym momencie lecz jedno z nich ześlizgnęło się ze sznura z lampkami prawie lądując w rzece gdyby nie siła rąk, a to drugie włożyło i uruchomiło noktowizor w trakcie dnia i ześlizgnęło się z daszku, również ratując się przed upadkiem w tłum za pomocą siły rąk. Jednak jak głupio by to nie zabrzmiało, Eris i Harald wystarczyli żeby zmienić 3v3 na 3v2 dla Was. Usypiający już Krytańczyk podrygiwał jeszcze co spotkało się z piorunami Haralda, lecz szybko gotowi byliście zająć się pozostałą dwójką, której towarzystwa dotrzymywali Oliver, Pyshap i Anastasia. Szczęśliwie mesmer starający się zamknąć dołączającą ekipę na zewnątrz nie tylko został szybko spacyfikowany, ale i jego zaklęcia zostały skontrowane i rozbite.

Nie mógłbym odmówić Wam współpracy. Tak samo jak i zaciekłości, kiedy to uciekająca Canthyjka rozrzucała za sobą granaty, a Wy goniliście ją bez wytchnienia. Nie obeszło się bez problemów po waszej stronie czy chociażby bez chwytania w łapę granatu przez Pyshapa. Ten charr ma talent do łapania granatów. Nie jestem jednak pewny czy to przydatna umiejętność. Nazywana przez Was "Zieloną" Canthyjka dała nogę w stronę lasu używając przyspieszeń i rakietowych butów, jednak koniec końców udało Wam się ją dopaść.

Mieliście już całą trójkę wrogów ze sobą. Wszyscy spacyfikowani, wszyscy żywi i w większości cali. Do tego rozrzucone po okolicy granaty wyciszyły kompletnie umiejętności Haralda i Anastasii, zapewniając Wam dodatkowe punkty tak ważne na przyszłą rundę. Wszystko co potrzeba to uciec... prawda?

Otóż... nie. Nie prawda. Cały ten czas gdy toczyła się walka między Wami a waszymi celami, Tariel uwięziony był w konflikt ze zdecydowanie widzialną ręką prawa w postaci wyjątkowo silnej strażniczki z glewią. Ktoś jego urody wbrew temu co powiedział nie mógł być od razu uznany za agenta jej Cesarskiej mości, więc wątpliwości strażniczki były bardzo uzasadnione. Stawiający opór młodzieniec jednak nie był czymś co pozwoliłoby mu wydostać się z tych tarapatów. Dostał jedno ostrzeżenie. Dostał drugie ostrzeżenie. Nawet był puszczony o własnych nogach aby iść składać wyjaśnienia. Nie był on jednak chętny do współpracy, wolał szukać zwady. Prawdopodobnie gdyby nie kajdanki antymagiczne całkowicie ograniczające jego ręce i magię, mógłby próbować swoich sił. Pojmany jednak nie stanowił zbyt wielkiego zagrożenia. Gdy zignorował swoje trzecie ostrzeżenie formą ostateczną brutalności straży była glewia przez serce.

Byliście nieco zdruzgotani wracając ukradzioną łodzią bez Belnadesa. Szczęśliwie jednak jaźń Tariela nigdy nie została rozbita i gdy tylko pojawiliście się ładną teleportacją na arenie zaraz po odpięciu od M.E.T.A.L.u, tłum świętował wasze zwycięstwo. Jak wielkie było? 311 z 500 początkowych punktów było dobrym startem.

Teraz wystarczyło poczekać na wyniki pozostałych drużyn.


04 - Kontr-Atak - Defensywa


Cztery dni później dowiedzieliście się jak duży był wasz tryumf w Rundzie 0. Zobaczenie Was mniej więcej w połowie stawki było dla mnie sporą niespodzianką, biorąc pod uwagę że 311 punktów Horyzontu Zdarzeń przynajmniej mnie nie wydawało się czymś co przychodziło łatwo. Jednakowoż 7 gildii poradziło sobie gorzej, a wśród nich byli również wasi rywale na następną rundę - Parszywa Banda. Jest więc czym się chwalić, albo z kim porównywać. Zwłaszcza, że mieliście doskonały punkt porównawczy jakim były Psy Wojny z ich czwartą lokatą i zgromadzonymi 420 bilecikami.

Tylko po co Wam tak właściwie te bileciki? Po drodze dowiedzieliście się, że mogą zostać wykorzystane do zakupów przygotowujących przed wyzwaniem pierwszej rundy. Więc... zaczęliście wydawać! 311 punktów, wydanych co do ostatniej sztuki na sprzęt mający pomóc Wam wygrać z gildią skupiającą w sobie jedynie charry z Parszywej Bandy. Kreatywne nazewnictwo, musicie im to przyznać. Zdecydowaliście się na eliksir szczęścia, Granat EMP wyłączający barierę, na którą nawiasem mówiąc Parszywej Bandy nie było stać, zestaw emotek oraz granat konfetti. Ten ostatni odegrał swoją kluczową rolę w aż trzech spotkaniach, w waszym blokując pocisk snajperski Ruth Marieene zanim zakończyłby on żywot Rengara Parszykła. Byliście gotowi. Tuż po zakończeniu poprzedniej rundy wybraliście najpierw obronę i faktycznie, po podpięciu do M.E.T.A.L.u mieliście krótką chwilę, żeby zająć pozycje ułatwiające Wam walkę z Charrami.

Mapa środowiska w jakim znaleźliście się na mecz z Parszywą Bandą.

Jak się ustawiliście na niesamowicie kreatywnie zaprogramowanej mapie Lion's Arch o nazwie de_velop?

Idąc od góry do dołu ustawiliście wstępny próg zwalniający w postaci Azraela Martyra, Pyshapa Rendgrace'a i Olivera Silvy na górnej linii. Delikatnie wysunięci z punktu odrodzeń i gotowi na natarcie wroga mieli być pierwszą z grup, która napotka na charry, ale o tym za moment. Poniżej - na środku mapy - w bardzo defensywnym ustawieniu blokującym przejścia między liniami stanęli Magnus Halvarson, Sylvie Vaesatra i Tariel Belnades. To oni odpowiadali za najważniejszą z linii, stanowiącą łącznik dla całej mapy. Pozostała jeszcze trójka z Was, która miała zająć się dołem. Nieco z tyłu, wycofane na pozycjach snajperskich przysiadły Ruth Marieene oraz Eris Pendragon, a jako jedyna naziemna ostoja blokująca dostęp do bronionego przez Was magazynu pokazała się Ophelia Yronwood. Komentatorzy opisywali tą ostatnią jako stojącą samotnie na tak zwanym shorcie, ale z tego co widziałem, zwłaszcza dzięki uprzejmości wspomnień Eris oraz Ruth, nasza spellbreakerka miała więcej wsparcia niż chciałaby pokazać. To bardzo dobrze, bo Parszywa Banda nie spodziewała się takiego oporu z jej strony.

Choć wiele działo się i na "longu" i na "shorcie", to ten pierwszy pokazał jak poważnie do tego meczu podchodzą wasi przeciwnicy. Przechodząc w niewidzialności przez środek mapy rozstawili pełno pułapek mających złapać Was w całkowitej nieświadomości i szybko zapewnić im przewagę potrzebną do wykonania planu. Bowiem większym planem była dywersja na dole, za którą ustawił się niosący bombę Rengar. Otho Parszytarcza oraz Senna Parszyklątwiec stanowili zaledwie małą widoczną przeszkodę, w czasie gdy przywódca miał dostać się do magazynu i tam podłożyć ładunek. Ich plan zakładał, że sytuacja pięciu na trzech będzie faworyzować koty na górnej części mapy i wcale mocno się nie pomylili. Większość akcji waszych kolegów na górze była bezbłędna, jednak gdy Oliver ruszył dalej a Azrael natknął się na samą krawędź pułapki teoretyczne 5v3 okazało się być 5v1. Jak łatwo to sobie wyobrazić, niestety nie dało to wielkich szans Azraelowi.

Atak na dole nastąpił w tym samym momencie i choć klątwy rzucane przez Sennę skutecznie związały wnętrzności Ophelii w supeł, z pomocą przyszły obie snajperki oraz rotujący z "mida" Harald. Z ich pomocą, spellbreakerka mogła pokazać jak wielką fanką gry w czachy jest, kiedy to jej młot spadając na głowy rywali szybko przypisał jej dwa zabójstwa. W tym samym czasie jednak, dwa zabójstwa przypisał sobie Varro Parszytopór, kiedy to najpierw Azrael, który i tak jakimś niesłychanym cudem zdołał złamać mu nogę wystrzałem ze swojej broni, a potem Pyshap padli ofiarami walki jeden na pięciu. Być może samolubnie, być może głupio, być może bardzo mądrze i taktycznie, Oliver nie pokazał się z krawędzi zasięgu wzroku charrów, kiedy jego drużynowi koledzy byli eliminowani. Zareagowali jednak Tariel i Sylvie, którzy prostym manewrem przedarli się przez łączące schody w stronę "longa" po drodze eliminując jednego z rywali. Nieszczęśliwie dla nich, Parszywa Banda dobrze radziła sobie jednak z atakami z tyłu, rękoma Gydara Parszycienia pozbywając się przynajmniej Sylvie Vaesatry z równania. Jednak dzięki jej emotkom, które mocno irytowały rywali oraz dzięki doskonałej postawie Tariela i Olivera, walka 2v4 mogła potrwać wystarczająco długo, aby Azrael i Pyshap powrócili z martwych niosąc potrzebną pomoc.

Nikt nie był jednak w stanie powstrzymać Rengara przed podłożeniem ładunku w magazynie, a ognisty deszcz Sylli Parszypłomienia skutecznie przegnał Eris i Ruth z zajmowanych przez nie miejsc. Ta pierwsza po prostu uciszyła elementalistę dzięki swojej broni, ta druga wpadła do magazynu, ku swojemu przerażeniu odkrywając iż bomba jest już na miejscu, a czas szybko się kończył. Eris i Azrael stanowili za doskonały próg zwalniający, który upewnił się o tym że "shortem" nie przedostanie się do niej żaden z kotów. Magnus, choć już właściwie bez nóg dopełnił jej wsparcia, w czasie gdy Pyshap, Sylvie, Oliver i Tariel obronili jedyną linię na której byli jeszcze wrogowie. Ruth choć ukradła siły Rengarowi, a jej kopniecie rozbiło ścianę magazynu ciałem charra, to jej pierwotny plan zabójstwa pociskiem w klatkę piersiową zawiódł gdy trafiła w granat konfetti. Na koniec dnia z pomocą w opanowaniu charrów przyszła Ophelia i Pyshap, w czasie gdy Ruth, choć pierwotnie atakowana przez ciernie jednego z charrów, zdołała rozbroić bombę.

Dużo wrażeń, a to dopiero pierwsza część spotkania. Jednak jestem z Was dumny. Widziałem Was w walce wielokrotnie, ale dopiero teraz zobaczył Was cały świat. Możecie być z siebie dumni. Problemem może być tylko czas w jakim Parszywa Banda podłożyła Wam bombę. 3 minuty i 14 sekund. Musicie albo przebić ten czas, albo doprowadzić do wybuchu bomby, aby zapewnić sobie 2:0 i awans do ćwierćfinału.


05 - Kontr-Atak - Ofensywa

Doprawdy wkręciłem się w słuchanie tej zapętlonej muzyki turniejowej. Utrwaliła się ona we wspomnieniach każdego z Was, niezależnie od tego czy siedzieliście na trybunach czy czekaliście w szatni na drugą połowę. Ten rytm... ta znajoma nuta... ta... powtarzająca się wyjątkowość i wyniosłość wydarzenia... niesamowita rzecz. Pomysłodawca tych utworów jest prawdziwym geniuszem, wierzcie mi na słowo, czytałem i w jego wspomnieniach. Byłyby całkiem interesujące. Pokazałbym je Wam, ale choć ja na spokojnie znalazłbym chwilę, Wy chyba nie macie tyle czasu.

Skupmy się zatem znów na Was, póki wciąż na gorąco pamiętacie co działo się w pierwszej połowie.

Wyszliście na drugą połowę świadomi zwycięstwa w pierwszej, ale też pewni tego iż Parszywa Banda nie będzie najprostszą ekipą do pobicia. Zrobili sobie w Was wrogów już wcześniej, nie darzyliście się ogromnym respektem, toteż myśl z tyłu głowy iż byli w stanie podłożyć Wam bombę w trzy minuty nie była... najbardziej inspirującą. Jednak - mieliście taktykę i spędziliście bardzo dużo czasu upewniając się że każdy jest jej świadomy. Do niesamowitego stopnia iż nawet komentatorzy zdawali się wiedzieć co planujecie. Ciekawostka.

Frida Rorikdottir, Oliver Silva, Harald Sigridsson, Ophelia Yronwood, Aster, Eris Pendragon, Evelin Parker i Pyshap Rendgrace stanęli zatem przed nie lada wyzwaniem. Z drugiej strony - co to dla Was? To tylko ośmiu charrów, przecież nie powinni być w stanie Wam zbytnio zagrozić, prawda? Podobne myślenie zgubiło Rengara, Otho, Syllę, Sennę, Varro, Florusa, Respectusa i Gydara w poprzedniej połowie. Dlatego jeśli jeszcze takie istniało chociażby w najmniejszym stopniu wśród waszej ósemki, najlepszym rozwiązaniem byłoby się go pozbyć. Zagrożenia trzeba spodziewać się z każdej strony.

Dokładnie w ten sam sposób pomyślała Parszywa Banda, fortyfikując się z części i elementów otoczenia jakie znaleźli, rozpętując po mapie pył będący idealnym wskaźnikiem tego, gdzie i jak poruszają się ich wrogowie - Horyzont Zdarzeń. Rozstawili kilkanaście pułapek na każdej z linii, ale nigdy nie wychodzili daleko. Ich taktyką było postawienie garnizonu z tyłu mapy i nie dopuszczenie Was do magazynu. Otho Parszytarcza miał być czynnikiem dającym Parszywej Bandzie zwycięstwo, ponieważ z założenia miał tylko skupiać się na rozdawaniu egid i blokowaniu wszystkiego wielką tarczą odbijającą pociski których, nawiasem mówiąc, za sprawą Evelin było pełno. Mieliście jednak inny pomysł na tą walkę. Zależało Wam przede wszystkim na dostaniu się bliżej i pozwoleniu Pyshapowi na niewidzialne podłożenie bomby. W czasie gdy jego klony i Oliver z podróbką ładunku autorstwa Parker mieli robić za potężną zmyłkę on miał wkraść się za szeregi wroga.

Nie będę mówił, że nie wyszło to najlepiej. Potężne ściany guardianów obu drużyn były systematycznie niszczone i odnawiane przez odpowiednio Fridę i Otho. Wielkim zdziwieniem dla Was okazało się jak wielki opór postawiła Parszywa Banda, która absolutnie zrezygnowała z pomysłu pilnowania "mida" i "longa", skupiając wszystko co mieli w jednym miejscu - "shorcie". Jedynie kilka pułapek broniło dwóch linii. Nawet nie wiecie jak sfrustrowany byłem widząc jak wszyscy co do jednego decydujecie się do atakowania właśnie tą linią. Nie zdążyliście zepchnąć wrogów do krawędzi linii, gdy z głośnym dźwiękiem zegara cała widownia dowiedziała się, że w tym samym czasie Banda zdołała podłożyć już ładunek. Wy jednak próbowaliście przebijać się dalej i prawdopodobnie było to doskonałe rozwiązanie, gdyż wasz plan musiał teraz zakładać utrzymanie bomby lub zabicie większej ilości wrogów. Nie mieliście czasu ani potrzeby rzucać ciał na lewo i prawo, żeby misją samobójczą podłożyć ładunek. Potrzebowaliście go obronić, aby komfortowo zakończyć to spotkanie. I choć Sylla Parszypłomień przygotował dla Was wybuchową niespodziankę, to Harald zabłysnął najjaśniej, zdobywając sobie w tym meczu przydomek Syna Burzy czy Grzmotssona. Jak do tego doszło?

Wpierw, pod tarczą Fridy, Harald obronił swą drużynę jak i samą tarczodajną guardiankę doskonale umieszczonymi podmuchami wiatru. Jednak kiedy impas stawał się nie do zniesienia, a odległość do magazynu zaczęła coraz wolniej się zmniejszać, to on był powodem dla którego nastąpiło przełamanie. Stworzył cyklon tak ogromny i śmiercionośny, że wszystkie zabezpieczenia rozłożone przez Parszywą Bandę zniknęły, dwóch członków tej gildii zginęło natychmiast, a czwórka została rannych, odblokowując nie tylko stronę wyczyszczoną rakietą dywanową Evelin, ale również cały plac przed magazynem. Pyshap wyczuł swoją szansę i choć napotkał na swej drodze Sennę Parszyklątwca to zdołał jednak podłożyć bombę. Dużo się działo, wiele walk przeniosło się bliżej środka, gdzie pod bohaterską osłoną Astera który zdecydował się poświęcić własne życie, mogła dostać się Ophelia. Oliver i Evelin zajęli się pilnowaniem punktu odrodzeń Parszywej Bandy, a Eris i niesamowicie ranna Frida pozostały na "shorcie", zatrzymane w walce z przede wszystkim Varro Parszytoporem i Gydarem Parszycieniem.

Postawa Haralda zdawała się jednak nie mieć końca, gdy walka na piętrze w magazynie rozpoczęła się na dobre. Gdy wparował tam swoją teleportacją, otworzył ładunek leczenia, który uratował życie 4 osobom. Wydawało się jednak, że zginie on z rąk wroga, lecz gdy kosa Senny przebiła go i została wyciągnięta, w ostatniej sekundzie jego życia został on wyleczony kupioną apteczką przez Pyshapa. To dopiero rzut na matę. Dokładnie tym samym rzutem na matę do bomby miał dostać się również Gydar z jednym celem. Rozbroić bombę, nawet za cenę życia. Walczyć o remis.

Nikt nie powiedział mu jednak, że za sprawą Respectusa i Florusa, którzy właśnie starli się z Evelin i Oliverem, Parszywa Banda wciąż była na wyraźnym minusie. I choć Respectus dopiął swego, wgryzając się najpierw żółte zakończenie pleców pewnej emotki a potem twarz Evelin, to inżynierka miała ostatnie słowo, odpalając wszystko co miała z najbliższej odległości, nie bacząc na zdrowie swoje, Respectusa, Olivera czy nikogo innego. Wolała odejść na własnych warunkach. Udało jej się to bezbłędnie, tak jak i Oliverowi, co dało wystarczająco dużo czasu Horyzontowi Zdarzeń do próby bronienia bomby. Wywracany co i rusz Gydar prawie wpisał kod, lecz w ostatniej sekundzie przeszkodził mu pokonujący całą długość mapy w rekordowym czasie Aster.

Niektórzy mogliby mówić inaczej, ale ja byłem pewny waszej wygrany. Przecież nie obserwuję Was od dziś. Wiem do czego jesteście zdolni. Pokonanie Parszywej Bandy było tylko formalnością, którą musieliście dopełnić. Teraz mogliście być pewni swego udziału w Wojnach Gildii. W końcu zmuszenie Parszywej Bandy do kapitulacji nie było czymś czym wielu mogłoby się pochwalić. A tu proszę.

Dwa mecze odbywające się każdego dnia oznaczały, że musieliście odczekać jeszcze trzy dni nim byliście pewni co dalej i z kim przyjdzie Wam mierzyć się w ćwierćfinale. Nie ważne było bowiem zwycięstwo Psów Wojny tego samego wieczora. Nie liczyły się tryumfy Pierścienia Ognia i Accidental Raid Group. Dopiero mecz Barki i Awangardy, który zakończył się spektakularnym sukcesem ekipy z Polski miał znaczenie, bo to na nich mieliście wpaść później. Pozostała część turnieju nie leżała w waszych rękach. Skupić mogliście się tylko na sobie i na tym co możecie wynieść z meczu z Barką.

Została ósemka.

Plik:Tatauz.png Plik:Smoki Nigerundayo.png Plik:Elona Vipers.png


06 - Każdy z nas wróci kiedyś na barkę Josefa - Pierwsza Tercja


Żegnajcie piętnastominutowe mecze z dziesięciominutową przerwą w trakcie, w których akcji jest więcej niż kamer zdolnych wychwycić je z każdego ujęcia, witajcie walki jeden na jeden. Jak łatwo zrozumieć, przyszło Wam się dowiedzieć iż sposobem w jaki wyłoniony zostanie zwycięzca w meczu Barka kontra Horyzont Zdarzeń będzie seria dwunastu pojedynków. Każdy z Was chętny do wzięcia udziału stanąć musiał naprzeciwko głodnemu zwycięstwa rywalowi z Elońskiej wyspy o wdzięcznej nazwie Polska.

Rozpoczęliśmy pojedynkiem Olivera Silvy z Wiesławem z Gliwic. Spellbreaker nie miał wiele zaklęć do łamania, gdyż jego przeciwnik głównie skupiał się na swojej sile i umiejętnościach walki mieczem. Początek tego spotkania zdecydowanie należał do Wiesława, który w najlepszym momencie był w stanie wpakować bełt kuszy prosto w brzuch młodego Olivera. W pewnym momencie wydawało się nawet, że Wiesław ma już mecz w kieszeni, ale dwa chakramy były w stanie przytrzymać miecz wyspiarza, zatrzymując mężczyzn w klinczu. Im dalej w tym pojedynku tym większą przewagę zyskiwał jednak Silva. Atak kilkunastoma ostrzami wracającymi do HZtowicza okazał się jego przepustką do zwycięstwa.

Następni w kolejce byli Benedrict Cucumber i Robert McŁowicz. Po raz kolejny, zawodnik Barki mocno wgryzł się w defensywę przeciwnika. Tym razem zdecydowanie bardziej jednostronny początek miał wszystkich, a już zwłaszcza mnie na krawędzi siedzeń, gdy tasak do mięsa rozbijał ciało popularnego Benedricta, a sprawnie rozrzucony koperek w postaci kolczastej pułapki ograniczał miejsce jakie robił sobie sylvari. W końcu jednak dał on radę dostać się na plecy Roberta i nawet zacisnąć linkę na jego szyi, lecz uderzenie Roberta tyłem głowy postawiło ich znowu na równym gruncie. Dopiero wyciągnięcie rewolweru i wypalenie w większego przeciwnika dało Odaratiemu zwycięstwo.

Akcja przeniosła się dalej kiedy to Eris Pendragon podjęła w walce Adama Dużysza. Polski skoczek był tym pierwszym, który miał problem naruszyć defensywę członka waszej gildii. Odpowiednie uniki charrzycy pozwoliły jej zyskać trochę miejsca i zmusić vindicatora do uszkodzenia własnych kostek twardymi lądowaniami jedno za drugim. Jednak to nie uniki rozstrzygnęły zwycięstwo w tej rundzie, gdyż Dużysz widzący iż walka nie idzie po jego myśli wycofał się do walki swoimi mgielnymi zdolnościami. Szczęśliwie dla Pendragon, znalazła ona jednak sposób na Polskiego skoczka. Dzierżone mieczo-piły okazały się czymś z czym wyspiarz jeszcze nigdy nie miał kontaktu. Do tej chwili.

Ostatni mecz pierwszej tercji rozegrał się między Kirą Sverige a Karoliną Kowalkiewicz. Zupełnie jak i w poprzednich walkach, to zawodniczka Barki szybko zdominowała pojedynek. Umiejętności spellbreakerki szybko wyłączyły wszystko czym Sverige mogła zaskoczyć. Do tego mistrzowsko skontrowała ona dźgnięcie nożem rywalki chwytając ją za nadgarstki i przekierowując atak na brzuch atakującej. Kowalkiewicz nie odpuszczała korzystając ze swoich pięści, żeby pozbyć się czystej twarzy rywalki. Wydawało się, że wyspiarze w końcu złapią swoje pierwsze zwycięstwo, jednak po kilku trafieniach zalewających twarz Kiry krwią, Horyzonciara zdołała owinąć nogami głowę rywalki i udami zadusiłaby Kowalkiewicz, lecz ta odklepała walkę, kończąc ją przed nadchodzącą śmiercią. Nie było celebracji po walce, jedynie wypuszczenie przeciwnika z uścisku i łapanie oddechu na glebie.

Przerwa przyszła chwilę później. Mogliście być bardzo zadowoleni z wyniku 4:0. Tak długo jak woda sodowa nie uderzy Wam do głowy i nie wyjdziecie na drugą tercję z wrażeniem iż jesteście niepokonani, a wasi rywale są tu tylko po to, żeby położyć się przed Wami i oddać Wam mecz... jesteście w dobrym miejscu. Spodziewam się, że nie będzie miało to miejsca, ale potraktujcie to jako naukę ode mnie na przyszłość. Historia pełna jest takich wydarzeń, a przeklęci są Ci, którzy decydują się ją powtórzyć zamiast się z niej uczyć.


07 - Każdy z nas wróci kiedyś na barkę Josefa - Druga Tercja

Wydawało się, że minął cały dzień pełny emocji, w trakcie gdy w rzeczywistości kosztowało Was zaledwie kilkanaście minut oczekiwania nim zaczęła się kolejna część rywalizacji z Barką. Z zapasem czterech zwycięstw wydawaliście się gotowi do wzięcia tego spotkania w całości już teraz. Wystarczyło wygrać trzy mecze.

Pierwsza z Was w drugiej tercji pojawiła się Sylvie Vaesatra na przeciw której stanął Robba Robba. Polak przygotowany był na ogniste ataki wszelkiego rodzaju, odziany w swój ognioodporny kostium kompletny nawet o hełm którego nie zwykł ściągać. Mówi się, że ubrany w to cacko mógłby wyjść z kuli ognia bez odniesienia większych obrażeń. Nekromanta dzierżący interesujący oręż szybko rozkręcał się do wysokiego tempa, tak samo jak jego broń i jej mroczna kopia, którymi ciskał prosto w Vaesatrę. Elementalistka mimo mocno mrocznej sytuacji, w której zaczynała coraz bardziej tracić grunt pod nogami rozbiła w końcu całun przeciwnika. Dało jej to tak niesamowicie potrzebne momentum, żeby przejść do ataku z bardzo bliska, a magma którą dzierżyła okazała się zdecydowanie zbyt wielką temperaturą dla Robby i w końcu musiał on uznać wyższość przedstawicielki Horyzontu Zdarzeń.

Przy wyniku 5:0 po 5 z 12 zaplanowanych pojedynków Barka znalazła się pod ścianą. Tradycyjna dla nich formuła "pierwszy mecz, mecz o wszystko i w końcu mecz o honor" miała się spełnić. Naprzeciw siebie stanęli Tariel Belnades i Pudzian Ogromny. Po raz kolejny to wyspiarz zaczął zdecydowanie lepiej, wyskokiem wgniatając w glebę Belnadesa, po czym mimo minimalnej defensywy zawodnika gospodarzy, zdołał cisnąć nim w płonące skały. Młodszy z berserkerów nie zamierzał jednak po prostu dać się pokonać. Nieco spóźniony ruszył do ataku i był nawet w stanie zablokować szarżę Pudziana uderzeniem tarczy w jego głowę. Osłupiały norn potrzebował chwili, żeby wrócić do siebie i choć rozbita skała i stworzone z niej pociski poraniły go wyraźnie, to jednak on dał radę zakończyć ten pojedynek, dając pierwsze zwycięstwo swojej gildii.

Żeby wygrać, Barka potrzebowałaby jednak kilku kolejnych zwycięstw. Drugie musiałby zapewnić Juan Pablo Secundo, który miał stanąć naprzeciw Pyshapa Rendgrace. Panowie walczyli zdecydowanie inaczej niż reszta, skupiając się na zapewnieniu sobie bezpieczeństwa a nie na eliminowaniu rywala. Zdecydowanie pasowało to pod oba ich charaktery. Jeden z nich zdecydowanie bardziej wycofany, cichy słodziak, ten drugi uduchowiony i nie uznający zbytniej przemocy. I choć Pyshap był w stanie kilkukrotnie trafić Juana, buława tego drugiego zmuszała charra do uznania wyższości Polaka w kilku momentach następujących jeden po drugim i kiedy miało nadejść rozstrzygnięcie, światłość Secundo zapewniła mu zwycięstwo wielkim, kremówkowo-żółtym promieniem.

Ostatnią walką w tej fazie był pojedynek Grisha oraz Karola Mrożona. Młody polski influencer pokazał się ze strony, której nikt się po nim nie spodziewał - był on w stanie zagrozić zwycięstwu Grisha. Jego ataki skutecznie nadwyrężały wnętrzności nekromanty, a widoczna przewaga w doświadczeniu wcale nie stawiała waszego kolegi na wygranej pozycji. Wręcz przeciwnie. Wyglądało to jakby doświadczenie musiało ustąpić nowemu oddechowi. Ich starcie z bliska gdy włócznia i sztylet zablokowały ich w klinczu stała się ikoną drugiej części spotkania, jednak Grish pozostawał praktycznie bezbłędny do końca tego meczu i gdy przyszło co do czego, a Mrożon popełnił pierwszy poważny błąd, było to wszystko czego gospodarz potrzebował aby zakończyć starcie dźgnięciem w szyję.

Barka odzyskała nieco wiary w siebie. Choć 2:2 w drugiej tercji nie było niczym specjalnym, Polacy wciąż mogli się łudzić, że mają matematyczne szanse na awans. W praktyce musieli jedynie wygrać wszystkie pojedynki w trzeciej tercji żeby myśleć o REMISIE. Nawet komentatorzy w przerwie stwierdzili iż Barkowicze nie wyglądają na zbyt pewnych siebie. Margines błędu się skończył. Teraz muszą wygrać wszystko i wyjdą na trzecią tercję żeby to zrobić. Pytanie, czy dadzą Wam radę.


08 - Każdy z nas wróci kiedyś na barkę Josefa - Trzecia Tercja

Niektórzy z Was w trakcie przerwy trafili do karczmy. Napić się. Jedni, aby uczcić sukces (moim zdaniem przedwcześnie), inni żeby dodać sobie odwagi, jak chociażby Nathalie Taoki. Miejsce spotkań mogło Was jednak przyjąć na zaledwie kilkanaście minut, gdyż niedługo po tym rozpoczynały się pojedynki, a spóźnić się na podłączenie ciała do M.E.T.A.L.u było słabym pomysłem. Pełni wiary w swoje możliwości stanęliście znów przed wyzwaniem jakie miała rzucić Barka. Pewni swego, gdyż wystarczyło Wam jedno zwycięstwo, aby być pewnymi awansu do półfinałów.

Trzecią tercję rozpoczęła walka Haralda Sigridssona nazywanego już szumnie Grzmotssonem i Mateusza Morawieckiego. Pierwszy z nornów, będący bohaterem publiki od poprzedniej rundy zaczął wyjątkowo dobrze, nie pozwalając niesamowicie wysokim ambicjom Morawieckiego oraz jego niewyparzonemu językowi wybić się z równowagi. Im dalej w mecz tym walka była jednak zdecydowanie bliższa. Mimo prób ataków z daleka, czy to pogodą czy to piórem, nornowie nie byli w stanie przesunąć szali zwycięstwa na żadną ze stron. Gdy doszło zatem do pojedynku z bliska, tam zdecydowanie lepszy okazał się Syn Burzy. Jego ataki zmiękczyły defensywę Morawieckiego, zwłaszcza kopnięcie między nogi. Gdy przyszło co do czego, Syn Burzy tryumfował.

Kolejne spotkanie miało od razu wpisać się do kategorii klasyków. Azrael Martyr podejmował samą Lidię Sobieską - głowę gildii i czysto przy okazji panią premier. Azrael zaczął zdecydowanie lepiej, jednak jak szybko się okazało, Sobieska odrobiła swoją pracę domową i kontrowała praktycznie wszystko co miał dla niej przygotowane. Ich tempo było przerażające. Choć trafiał znakami Shiro, łańcuchami i kataną, Lidia korzystała z jego zaklęć na swój użytek, zmniejszając dystans, broniąc się i używając jego łańcuchów do dodania sobie prędkości. Martyr zaznał smaku własnej krwi po jednym z jej kopnięć. Jego kości zrezygnowały ze współpracy, gdy uderzyła go otwartą dłonią w splot słoneczny. Jednak zdolności Azraela okazały się większe, przynajmniej w tym pojedynku. Cięcia przez mgły w punkty witalne w końcu dały mu zwycięstwo. Jednak nie dlatego, że została zabita. Sobieska dumnie stała na nogach po wszystkim co na nią rzucił. Pokonała ją mimo wszystko utrata krwi, której nigdy nie powstrzymała.

Trzecim pojedynkiem było spotkanie Nathalie Taoki kontra Niga Świątek. Walka badbintoniary i Canthyjki była jedną z bardziej wyrównanych. Tak jak i niestety zdecydowana większość waszej gildii, Nathalie zaczęła dość słabo, być może nie przygotowana na trudy turnieju lub po prostu nieprzyzwyczajona do warunków panujących w M.E.T.A.L.u. Była przynajmniej zdecydowanie wolniejsza niż Niga. Pociski przyspieszane specjalną bronią nazywaną "rakietą" od tego jak napędzała kule ognia rzucane przez samozwańczą "elementalistkę słońca" trafiały Nathalie raz za razem nim ta nauczyła się jak ich unikać. Kolejne minuty pojedynku były raczej pokazem ucieczek, który w końcu musiała zakończyć Taoki, która atakowała z bliska krótkim mieczem. Niga użyła swojego powietrznego żywiołu dla zwiększenia dystansu, jednak Nathalie weszła w końcu w bolesny całun, który dał jej przewagę której potrzebowała. Strzały z daleka a potem dobitka mieczem z najbliższej odległości gdy skróciła wroga dały Wam kolejną wygraną. Wiecznie skromna dziewczyna szybko uciekła z areny bez zbytniego celebrowania zwycięstwa.

Spotkanie Horyzont Zdarzeń-Barka wykończyła Anastasia Yaal walcząc z generałem Robertem Prawandowskim. Początkowo pan generał zaplanował podłożenie pułapki zamarkowane podstępnym udawaniem urazu. Plan Prawego nie przyniósł niestety żadnych skutków i Ana zaczynała ze sporą przewagą. Im dalej trwała jednak walka, tym lepiej radził sobie snajper. Dostroił swój celownik co pozwalało mu trafiać nogi, a potem nawet obojczyk przeciwniczki. Yaal cięła jego szyję, lecz bez zwycięstwa. Prawandowski ciął jej szyję, jednak bez zwycięstwa. Jeden z najbardziej back-and-forth pojedynków tego meczu. Być może nawet tego turnieju, bo ciężko będzie osiągnąć ten poziom. Jednak mimo iż Robert był w stanie rozstrzeliwać fantazmy to królową ringu została Anastasia. Zakończyła pojedynek w "polu karnym" wroga pokazując prawdziwą klasę, nie bojąc się ryzykować obrażeń w imię wygranej.

Koniec końców, udało Wam się! Cztery do zera w ostatniej tercji ustaliło wynik 10:2 i Barka musiała obejść się smakiem, gdyż nie było im dane dostać się do półfinałów, gdzie porażka i tak obiecywała jeden dodatkowy mecz. Mecz o trzecie miejsce. Usatysfakcjonowani poszliście napić się wraz z Polakami ich regionalnego specyfiku. Czystej. Wódka mocniejsza niż cokolwiek co widzieliście w Tyrii. Zachęcani przez Evelin Parker dołączyliście do konkursu picia. Konkretnie sama Evelin oraz Olvier Silva, Nathalie, Tariel Belnades, Harald Sigridsson i Ruth Marieene stanęli do boju, sprawdzając które z nich wytrzyma najwięcej. Ta ostatnia, pokazała się z najlepszej strony, zgarniając koronę dla siebie. Niektórzy z Was potrzebowali eskort do swoich pokojów, jednak szczęśliwie mieliście na kogo liczyć i nikomu nic złego się nie stało.

Pijani sukcesem. Tak mógłbym Was nazwać. Ale pijcie. Należy Wam się. Odwaliliście kawał dobrej roboty, żeby dostać się tu gdzie jesteście teraz.

Po raz kolejny trzeba było jednak czekać. Wszak turnieje zawsze tworzone są tak, aby nie było od razu wiadomo na kogo traficie. Swego rodzaju zagrywka mająca na celu wzniecić większe emocje i niepewność u widzów. Zatem spotkanie Accidental Raid Group i Elona Vipers nie należało do najważniejszych. Liczyło się czy wasi przyjaciele z Psów Wojny przejadą się po Smokach Nigerundayo, których wielu spisywało już wcześniej na straty. Wielu... lecz nie ich rodacy, spośród których niektórzy nieco ironicznie są częścią waszej gildii. I... Psy nie przejechały się po Smokach tak jak to zaplanowały. Od zawsze uczeni współpracy tak by zawsze być drużyną, a nie zbiorem indywidualności tak jak Wy padli ofiarą formatu jeden na jednego. Smoki Nigerundayo zaś dające ciała w rundzie 0 gdzie mieli być gildią okazały się podobne do Was, radząc sobie zdecydowanie lepiej jako grupa indywidualistów. Zatem... dowiedzieliście się, że waszymi rywalami w dalszej części turnieju będą Smoki.

Jednak losowanie do bonusowej rundy okazało się łaskawe dla wielu. Chociażby dla Barki, która będzie mogła spróbować odzyskać swój honor po porażce z Wami... ale również dla Psów Wojny, które po porażce mogą odrodzić się silniejsze niż przedtem.

Po raz pierwszy... jedyną przeszkodą na ich drodze okazał się... Horyzont Zdarzeń.

Jak pójdzie Wam braterska walka?

Plik:Tatauz.png
Plik:Smoki Nigerundayo.png


Plik:WG Semifinals.png




09 - Runda Bonusowa - Millerów Dwóch

Plik:WG PWvsHZ.png

Minęła chwila od kiedy wasze decyzje nie miały wpływu na przebieg wydarzeń, prawda? I co bawi mnie najbardziej, wyglądało na to, że spodziewacie się iż tym razem będzie odwrotnie. W końcu to tylko dodatkowa runda, która nie zmieni nic w turnieju. Nic bardziej mylnego. Psy Wojny podeszły do tego wyzwania bardzo poważnie. W końcu nie dość, że ich przygodę z turniejem zakończyła jakaś banda młodzików to jeszcze teraz natrafiają na swoich przyjaciół i sojuszników. Ba, niektórzy z nich wplątani są w obie gildie, z resztą tak samo jak niektórzy z Was. Niektórzy z nich zrezygnowali z bycia Psem aby dołączyć do Was, niektórzy z Was zrezygnowali z bycia Horyzontalsem aby... a nie, chwilka. To nie ten świat. Być może kiedyś.

Nie zajmujmy się tym jednak, dobrze? Mam Wam sporo do opowiedzenia i na to znajdzie się kiedyś chwila. Jednak nie teraz. Teraz zajmijmy się nie tylko stawkami ale i przygotowaniami do walk i przebiegiem waszych wspomnień. Mieliście wszak trudne zadanie. Nikt nie wytłumaczył Wam co Was czeka. Spodziewaliście się tylko Psów Wojny po drugiej stronie barykady. Z jednej strony tak dobrze znany Wam widok, z drugiej strony coś tak absurdalnie niespotykanego, że nie do końca wiedzieliście czego się spodziewać. Tu musicie oddać Psom wyższość i ja również chętnie to zrobię. Chłopcy i dziewczęta z gildii Alfreda Millera odrobili pracę domową i skupili się na tym, żeby dowiedzieć się o Was jak najwięcej. Poza tym... to chyba dość oczywiste, że po takim czasie razem wiedzieli o Was już naprawdę dużo. W razie gdybyście potrzebowali kiedyś dowiedzieć się jakie są wasze słabe strony, polecam skontaktować się z którymś oficerem Psów Wojny.

Lub ze mną, jeśli kiedyś uda mi się zrozumieć jak działa... ta przestrzeń dzięki której udaje nam się nawiązać kontakt. Choć, tak jak naocznie uświadomiła mi to Buulbi, działa to chwilowo tylko w jedną stronę. Nie przejmuj się dziecko, widzę Twe trudy. Postaram się jakoś pomóc, tak szybko gdy i ja wpadnę na jakiś błyskotliwy pomysł. Przydałaby mi się tu asura. Ten gatunek zawsze posiadał najwybitniejsze umysły w historii naszego świata.

Wróćmy jednak do braterskiej bitwy, którą zapowiadałem Wam już przynajmniej jeden czy dwa razy. Mówiłem Wam też o kontaktowaniu się z którymś z oficerów Psów Wojny. Chyba nie spodziewaliście się, że któryś pojedynek odbędzie się bez chociażby jednego z nich, prawda? Nie chodziło oczywiście o to, że maszyna losująca była jakkolwiek ustawiona. Wręcz przeciwnie - wszystko odbyło się zgodnie z prawem losowości. Po prostu żołnierze mają w swej gildii tak wielu wysoko postawionych członków wystawionych do walki, że ciężko byłoby sobie wyobrazić, żeby jakaś odbyła się bez udziału ważniejszych osób w tej organizacji. Być może jednak szczęśliwie dla Was, ani oni ani Wy nie mieliście czasu na przygotowanie się do walki z odpowiednimi wrogami. Dlaczego? Wyniki losowania poznaliście zaraz po zasiądnięciu w krzesłach M.E.T.A.L.u. Subli, Pyshap Rendgrace i Tariel Belnades, a naprzeciw nim Zwodnicza Żmija, Stalowy Wół i Płonący Żółw. Zatem 3 na 3. Brzmiało uczciwie.

Według komentatorów głównym punktem programu miał być pojedynek Tariela i Żółwia... do którego z początku nie doszło, głównie za sprawą Żmiji i Pyshapa, którzy bardzo chętnie wpletli się w zrobienie z tego duetu dwa na dwa. W tym samym czasie Subli i Wół rozpoczęli własny pojedynek, którego rozmiar zdecydowanie przewyższył wszystko czego wielu spodziewało się po tej dwójce i szybko przerosło się w walkę tak zaciętą, że robaczym szrapnelem od Subliego oberwali absolutnie wszyscy. Najgorzej odbiło się to na Stalowym Wole, który zdecydował iż lepszym rozwiązaniem będzie ostatnia samobójcza misja. W międzyczasie, szczęki wszystkich kibiców zrzucić do samej podłogi zdołał Belnades, który tak potężnie przyłożył w twarz Płonącego, że sama siła praktycznie zabiła go na miejscu, nie wspominając o odrzuceniu go na dobre kilkanaście metrów. To Żmija musiała bronić honoru Psów, zwłaszcza gdy nastąpił atak Subliego, który pozbył się na dobre Żółwia. Samobójcza akcja Woła położyła jednak kres dominacji Subliego, a nawet protekcja Xag'dronoch nie mogła wystarczająco pomóc, gdy wszystkie ładunki wybuchowe jakie miał na sobie Oficer doprowadziły do eksplozji zmniejszającej liczbę walczących do dwóch na jednego. Czy raczej... jedną. Żmija sama w sobie radziła sobie lepiej niż nieco zmęczeni i nadwyrężeni już walką Pyshap i Tariel, jednak nie miała w sobie wystarczająco dużo pary, żeby zabić obu naraz. Jej starania były skutecznie niwelowane przez charra, który skutecznie uniemożliwiał jej izolację pojedynków do jeden na jeden. Musiała zatem walczyć z dwoma wrogami. I gdy w końcu udało jej się znaleźć drogę do serca Tariela, Rendgrace był tym który stanął pomiędzy. Oznaczało to oddanie żywota, jednak pozwoliło koledze z drużyny na zakończenie pierwszego meczu. Tariel pozostał ostanim żywym, dając Wam prowadzenie 1:0. Dawno nie byłem z nikogo tak dumny jak HZ-kun był z Belnadesa. Jednak najprawdopodobniej wasz przyjaciel się nigdy do tego nie przyzna.

Bezwzględna maszyna losująca postanowiła utrudnić Wam ucieczkę z wynikiem. Dlaczego? Otóż kolejnym zrządzeniem losu, kolejna walka miała odbyć się między duetem Anastasia Yaal oraz Odarati, a dwójką Millerów w postaci Alfreda i Eliego. Potyczka duetów należała do niesamowicie intrygujących. Pułapki, hologramy, niewidzialności, klony, protezy, złodzieje... ciężko było się nudzić. Najważniejszą częścią było jednak podzielenie się tej walki na dwa oddzielne pojedynki. Partnerzy poza walką, czyli Eli i Anastasia naprzeciw sobie, a biedny Odarati musiał poradzić sobie samemu z bossem Psów Wojny. Tak bardzo jak chciałbym opowiedzieć o tym jak przebiegła pierwsza przedmałżeńska kłótnia, pozwólcie że najpierw skupię się na tym, że nasz sylvari odrobił pracę domową. Zupełnie jak Hai Rora przed nim, przygotował się na to iż Alfred jest doskonałym taktykiem, a jego umiejętność czytania pola walki nie ma sobie równych. Za pomocą trudnych do przewidzenia ruchów i umiejętności kradzieży zdolności od syna swojego rywala, Odarati był w stanie nie tylko zaskoczyć ale i poranić Alfreda. Trwało to wystarczająco długo, że pojedynek Anastasii i Eliego musiał się na moment przedwcześnie skończyć, aby syn mógł wspomóc ojca, dając Psom Wojny przewagę liczebną. Niestety również tak samo jak i młody Smok, młody aktor musiał uznać niepodważalną wyższość Alfreda. Anastasia musiała zatem uciec się do ostatecznych środków jakimi okazała się jej elitarna umiejętność. Przez jednych nazywana Szklaną Pułapką, przez innych Die Hard. Nie rozumiem połączenia, jednak sama umiejętność jest niesamowicie spektakularna. Zamknięcie przeciwnika w pułapce z luster? Robi wrażenie. Jednak nie na Elim Millerze, który zaprowadzony na krawędź własnych zdolności samemu pochwalił się swoją elitarną umiejętnością. W iście poetyckim finale, Snake Eater był tym co pożarło Zajadłą Kobrę, a przy okazji zmusiło Eliego do spania na kanapie przez następne kilkanaście dni.

Nie rozumiem ludzi, niezależnie jak bardzo próbuję. Czasem pragną spać razem, czasem sami skazują się na spanie w samotności. Czasem pokazują sobie romantyczne uczucia, czasem negują je całkowicie gdy tylko ktoś spojrzy. Czasem są dla siebie nieskończenie mili, czasem z wielką chęcią próbują się nawzajem pozabijać. Relacje nigdy nie były moją mocną stroną. Prawdopodobnie będę musiał obejrzeć jeszcze ogromne ilości wspomnień, jednak kiedyś zrozumiem gatunek ludzki.

Tak czy siak, czyste zwycięstwo Psów dawało im remis 1:1 po dwóch z pięciu walk.


09 - Runda Bonusowa - Chłopcy Krawędziowcy

Czasem na dobre rzeczy trzeba trochę poczekać. W niektórych wypadkach jest to kilkanaście minut, w innych cały dzień... a w jeszcze innych... kilka tygodni. Prawda jest taka, że nigdy nie można być tego typu rzeczy pewnymi. Jednak to czego mogliście być pewni drodzy Horyzontalsi, to że czekały Was jeszcze minimum trzy walki i dwie z nich miały się odbyć bardzo niedługo. Kolejnym zrządzeniem losu, do którego nikt nie przyłożył dłoni, zostaliście podzieleni na dwie dwójki, co oznaczało że samotna Evelin Parker musiała zaczekać jeszcze chwilę na swoją walkę. Ach, jakaż to szkoda, że nie ma pojęcia kogo do tej rundy wystawiły Psy Wojny. Byłaby niesamowicie zadowolona z przeciwnika jakiego pozostawił dla niej los.

Wracając jednak do wydarzeń, które mogłem na spokojnie prześledzić - dwie pary były od siebie diametralnie różne. Jedna niesamowicie dobrze radząca sobie jako duet. Świetnie współpracująca, doskonale czytająca swoje ruchy, dogadująca się na poziomie wyższym i głębszym niż wiele jakich w życiu widziałem. Obydwoje doskonale utalentowani i świetnie radzący sobie w parach czy nawet większych grupach. Z drugiej zaś strony wyjątkowa dwójka indywidualistów. Nie potrafiących ustąpić, ślepo podążających za trasą którą wytyczyło im ego. Osoby stworzone do tego, by swoje problemy rozwiązywać w pojedynkę, a przede wszystkim - nie trawiące się nawzajem. Jak łatwo się domyślić... tylko jedna z tych par zwyciężyła swój mecz. A potem zrobiło się bardzo nieprzyjemnie.

Nie wyprzedzajmy jednak biegu wydarzeń, dobrze? Na pewno doskonale pamiętacie co miało miejsce. Ja mogę służyć jedynie za... skromnego skrybę. Historyka. Tak jak i zawsze.

Zacznijmy zatem tam, gdzie zaprowadziły mnie wasze cudowne wspomnienia. Szatnia. Ciekawe pomieszczenie. Pod względem tego, że każde z Was zapamiętało je inaczej. To normalne gdy mówimy o wspomnieniach. Dlatego tak trudno jest stworzyć spójną wersję historii. Każdy widzi ją inaczej. Sama zdolność percepcji potrafi być jednocześnie zbawieniem... i przekleństwem. Weźcie jednak pod uwagę waszą zdolność obserwacji otoczenia, pomnóżcie przez współczynnik koncentracji w danym momencie, odejmijcie od tego kąt widzenia, dodajcie czas, który mijając zwodzi wasze umysły i skończycie z finalnym produktem. Wspomnieniem. Często pięknym i długotrwałym, czasem błahym i krótkotrwałym. Wszystkie są interesujące, lecz nie wszystkie są przydatne.

Więc co zapamiętaliście z szatni? Maszynę losującą, która w swej nieskończonej łaskawości wylosowała w pierwszej parze dwa nazwiska. Beren Estel i Sylvie Vaesatra. Naprzeciw nim? Dość niespodziewany duet Wściekła Ośmiornica i Roześmiany Kruk. Prawdę mówiąc, gdyby nie to, że wasi rywale pochodzą z jednej gildii, jedynym punktem ich łączącym jaki mógłbym znaleźć byłoby zamiłowanie do wysokiego kalibru. Jedno z karabinem snajperskim, drugie z minigunem. Wystrzałowe połączenie. Nie byli jednak jedynymi, którzy potrafili dobrze strzelać, co dość szybko udowodnił Beren, który był autorem pierwszych obrażeń w tym meczu. I choć Ośmiornica potrafiła zapewnić tak ciężkiemu sprzętowi wielką mobilność, nie zapewniła mu tak wielkiej ochrony jak ta zapewniona Berenowi przez Sylvie. Przewaga w tym pojedynku jednak przerzucała się bardzo szybko z jednej strony na drugą. A jak się okazuje karabin snajperski i minigun to broń wystarczająco potężna żeby sprawić kłopoty nawet i Wam. I kiedy miało już zacząć wyglądać na to iż Psy Wojny zdobywają widoczne prowadzenie to Kruk był pierwszą ofiarą tego spotkania. Tak szybko jak publiczność zobaczyła pierwszą krew, chwilę później Beren opuścił stadion, zostawiając Sylvie sam na sam z Ośką. Elementalistka schwytała ją za pomocą swojej magii i praktycznie zaprowadziła pod drzwi śmierci, gdyż asura nie posiadała już magii zużytej na swoją umiejętność elitarną, jednak... broń wciąż strzela. Wściekłej wystarczyło krwi i sił, żeby ustać na nogach po ostatnim pociągnięciu za spust.

I nagle znaleźliście się w dziwnej sytuacji. Pierwszyzna dla Was. Przegrywaliście. I to nie w pojedynku. Cały mecz stanął pod znakiem zapytania. Jak... to... 1:2... dla Psów?

Nie obchodzą mnie uczucia. Poważnie, są mi całkowicie obojętne. A jednak... fascynują mnie. Te najbardziej kontrastujące. Te najmocniejsze z nich potrafią zmienić bieg historii, a to jest już zdecydowanie czymś bardzo interesujących. Dlatego staram się dowiedzieć o nich jak najwięcej. Prawdopodobnie gdybyście spojrzeli na to co ja zobaczylibyście więcej, jednak ja mogę jedynie bawić się w wyedukowane zgadywanki.

Zgaduję, że nie byliście zadowoleni. Tym razem również maszyna losująca postanowiła być dla mnie pomocą. Bo kto byłby lepszy do ukazania tego typu złości niż Grish The Penitent oraz Oliver Silva? Odpowiem iż nie wiem. Przynajmniej w tamtym momencie. Zwłaszcza, że liczba osób którą zgłosiliście do tej rundy zmniejszała się coraz bardziej. Jak również i Psom Wojny, których maszyna losująca potraktowała w bardzo ciekawy sposób łącząc dość nietypowo Drzewną Żabę oraz Skrzeczącego Bażanta. Ponieważ posiadam ogromny respekt wobec osoby tej asury, pozwolę sobie przemilczeć jak wyglądał ten pojedynek. Jednak powiem Wam dlaczego Grish i Oliver wygrali. Byli w stanie odizolować od siebie pojedynki.

Ktoś mądry powiedział kiedyś... "Psy Wojny stawiają mocno na teamplay, bo są do tego szkoleni. Żeby być drużyną, a nie zbiorem indywidualności, tak jak to jest w Horyzoncie Zdarzeń."

Nie mógłbym się bardziej zgodzić. Tylko i wyłącznie ta wielka solidarność Psów jest powodem dla którego Smoki awansowały w turnieju ich kosztem. To samo ugryzło ich i tutaj. Żaba nie był żadnym przeciwnikiem dla Grisha. Nie mogę jednak mówić źle o Drzewnym hyleku. W końcu nie mówi się źle o zmarłych. A przede wszystkim... nie popełniał błędów. Został po prostu zdeklasowany. Nieco inaczej było ze Skrzeczącym, który choć dawał sobie radę z Oliverem i tak ciężko było mu nadążyć za spellbreakerem i jego morderczym tempem. Gdy do równania doszedł jeszcze Grish po prostu nie miał szans.

Wasze pierwsze czyste zwycięstwo. Praktycznie bezbłędne, jeśli lekko przymknąć oko na popisy Silvy. A jednak... woleliście się kłócić? Jak się okazuje i Oliver i Grish walczyli przede wszystkim dla siebie, a nie dla gildii. Gildia i jej zwycięstwo było w tym wypadku tylko bonusem. Dwójce prawdopodobnie chodziło o wygraną i zrobienie tego szybciej niż kolega z Horyzontu. Intrygujące podejście, które odebrało wielu słodki smak zwycięstwa. Choć może bardziej trafne byłoby określenie smak doprowadzenia do remisu. Nietęgie humory, przepychanki, wymiany słowne... a wszystko to jeszcze zanim Evelin Parker wyszła na stadion naprzeciw Piorunującej Fretce.